Zacznę od tego, że tego wpisu miało nie być. Wielu osobom tłumaczyłam już, dlaczego nie jestem w stanie wrócić do regularnego blogowania (bo nie jestem). I naprawdę miałam/mam mocne argumenty. Może nie powinnam wracać… Ale jestem.

Na blogu dawno mnie nie było. W Social Mediach dopiero kilka tygodni temu „obudziłam się” ze snu zimowego. Zaczęłam stawiać drobne kroczki. Wrzucać coś w relacje na Instagramie czy Facebooku, udostępniać na ścianie profilu, udzielać się w grupach. Początkowo nieśmiało, nieznacznie. Z czasem coraz odważniej i częściej.

Im więcej się odzywałam, tym więcej pozytywnego feedbacku dostawałam od innych. Pisałam o podstawach, które teraz wydają mi się tak oczywiste, a z których znaczenia jeszcze rok temu sama nie zdawałam sobie sprawy.

Tego artykułu miało nie być 🙂 To miał być krótki wpis na Insta, na którym poza relacjami też mnie dawno nie było.

Problem w tym, że ten wpis się rozrastał i rozrastał… a ja czułam niedosyt. Czy naprawdę będę w stanie przedstawić to, co chciałabym przedstawić w formie zdjęć na Instagramie? Nie sądzę…

No i jestem.

Ale zacznijmy od początku…

Są w życiu takie momenty, które wszystko zmieniają.

W ciągu ostatnich ośmiu miesięcy miałam okazję wywrócić swoje życie do góry nogami, wyrzucić wiele przekonań, które mieszkały we mnie od dzieciństwa. Podważyć dosłownie WSZYSTKO w co wierzyłam i czym się kierowałam w swoim życiu. Zdać sobie sprawę, ile rzeczy zwalałam na własną „naturę” – kompletnie jej nie znając! Ile rzeczy odpuściłam, bo po prostu nie wierzyłam, że może być lepiej… łatwiej było wmówić sobie, że mam powody – chyba nawet z czasem zaczęłam w nie wierzyć. Tak czy inaczej byłam totalnie ślepa na własne problemy. Może zbyt zajęta by je zauważyć?

Aż zderzyłam się ze ścianą.

Pod koniec lutego tego roku przydarzył mi się wypadek. Kiedyś napisałabym: „Ot, głupie porażenie prądem”, ale po tym czego się nasłuchałam, naczytałam i doświadczyłam po wypadku… nie było to głupie. A ja cieszę się, że nie skończyło się dla mnie jeszcze gorzej (czyt. łącznie ze śmiercią – nie dramatyzuję 🙁 ).

Teraz łatwo o tym wszystkim pisać, ale przyznam, że na początku byłam przerażona. Tj. prądem jak prądem, ale ponieważ dotyczyło prawej ręki – skutki uboczne sugerowały możliwość zawału (na szczęście fałszywy alarm!). Mimo to noc spędziłam w szpitalu, pod kroplówkami…

Oczywiście dostałam leki, wszystko miało być dobrze. Wróciłam do pracy… skąd po pięciu godzinach ponownie zabrała mnie karetka.

Konsekwencje wypadku okazały się dużo poważniejsze. Poza samym wpływem porażenia na układ nerwowy, sam stres towarzyszący wypadkowi, mojemu stanowi po wypadku, temu wszystkiemu co się działo wygenerowało kolejne problemy zdrowotne…

Poza leczeniem farmakologicznym podjęłam się regularnej psychoterapii.

Właściwie to było moje drugie podejście do psychoterapii. Pierwsze miałam latem zeszłego roku (2018). Poszłam wtedy będąc w niezbyt dobrej kondycji psychicznej, na którą złożyło się wiele czynników. Myślałam wtedy, że przerobię swoje problemy i będzie łatwiej… Tymczasem zamiast skupiać się nad tym, co brałam za problem – psychoterapeutka podsuwała mi kolejne…

Byłam wtedy zła. Na siebie, na nią. Nie dość mam problemów? Musiała ich jeszcze namnożyć? Po trzech spotkaniach przerwałam terapię.

Z perspektywy czasu wiem, że to był błąd. Zamiast przerywać warto było poszukać kogoś innego. A gdyby się nie udało jeszcze innego i jeszcze innego. Dlaczego? O tym jeszcze będę pisać.

Jestem daleka od stwierdzenia, że terapeutka nie miała racji. Co więcej – problemy przez nią dostrzeżone rzeczywiście istniały. Ale chyba jeszcze nie byłam gotowa się z nimi zmierzyć, zdać sobie z nich sprawę.

Wypadek zmienił wszystko… Nie miałam wyjścia. Nie znaczy to, żebym się nie opierała. Miałam argumenty: „A czy nie mogę brać po prostu leków, a jak ustąpią te wszystkie objawy (podobno) psychosomatyczne to wtedy pójdę na terapię?”. Chciałam tylko stanąć na nogi. Nic więcej. Zapomnieć co to nowo poznane migreny, gdzie głowa rozpadała mi się na milion kawałków. Za pierwszym razem naprawdę miałam ochotę wezwać karetkę – myślałam, że zaraz umrę z tego bólu. Jedyne co mnie powstrzymywało to dwie wcześniejsze wizyty na SOR-ze… Mam wrażenie, że po tych wizytach nawet gdybym podejrzewała zawał jak najdłużej powstrzymywałabym się przed wezwaniem karetki…

Postanowiłam stanąć na nogi za wszelką cenę. Nie dla siebie. Dla siebie mogłabym nie mieć tyle siły… Ale dla córki. Nie mogłam się poddać ze względu na nią.

Miałam „farta” (?), że trafiłam na naprawdę dobrych lekarzy. Przyznam, że na początku ciężko mi było do końca zaufać, że wiedzą co robią. Ale wiedzieli.

Człowiek poświęca swoje zdrowie, by zarabiać pieniądze, następnie zaś poświęca pieniądze, by odzyskać zdrowie.


Oprócz tego, jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości; żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera, tak naprawdę nie żyjąc.

~ Dalajlama

Nigdy mocniej nie rozumiałam tych słów niż teraz…

W swojej walce próbowałam dosłownie wszystkiego, co mogło mi pomóc. W tym zrobiłam kolejne podejście do medytacji… Pomysł podsunęła mi Asia z bloga Żyć szczęśliwie. Zresztą, niejeden pomysł. Mam okazję znać ją osobiście i nawet jeszcze nie odrzuca moich telefonów 😀 Przez pierwsze miesiące po wypadku bardzo mi pomogła, pokierowała.

Przyznam, że w przypadku medytacji próbowałam już w latach wcześniejszych. Pewnie więcej niż raz. Zawsze miałam dość sceptyczne podejście – jak siedzenie i niemyślenie może mi pomóc?

Tym razem nie było inaczej. To znaczy podeszłam do tematu poważnie. Zainstalowałam sobie aplikację Calm (polecam!) oraz rozpoczęłam lekturę „Życie, piękna katastrofa. Mądrością ciała i umysłu możesz pokonać stres, choroby i ból”, Jon Kabatt-Zinn’a. Naprawdę miałam wiele dowodów i argumentów, że medytacje działają. Zaczęłam praktykować.

Wytrzymałam dzień? Dwa? Trzy? I znowu mój genialny umysł zaczął „marudzić”: „To nie działa! To bez sensu! To strata czasu!”. Olałam. Dzień. Dwa. Trzy. -> Bóle głowy się nasilały. Kolejny atak migreny. Znowu motywacja, by usiąść, pomedytować. „Ale to zbieg okoliczności! Przeszłoby bez medytacji!” – oponował mózg. Przerywałam, odczuwałam skutki i wracałam do medytacji 😉 Bardzo szybko byłam w stanie określić co działa czy nie działa. Na sobie.

Mogłabym jeszcze długo rozpisywać się o tym, czego spróbowałam, co zmieniłam. Jak wygląda moje życie teraz? A jak wyglądało wcześniej? Jak wyglądała moja walka? Czego próbowałam? Co wyszło? Co nie wyszło? Gdzie szukałam wiedzy, pomocy, wsparcia…

Mogłabym o tym pisać jeszcze długo. I właśnie to będę robić, o tym będę tu pisać.

O medytacjach i uważności w codziennym życiu (mindfulness). O radzeniu sobie ze stresem – tym destrukcyjnym (chronicznym, odczuwanym codziennie, znacznie obniżającym jakość życia). O walce ze skutkami takiego chronicznego stresu. O jakości życia. O odpuszczaniu. O slow life, minimalizmie. O harmonii, odnajdywaniu równowagi. O walce z lękami i strachem. O kłamstwach, którymi żyjemy. O spokoju. O zapełnianiu pustki. O życiu TU i TERAZ. I wiele, wiele więcej…

Gdy sama walczyłam o swoje zdrowie – szukałam informacji w Internecie. Często trafiałam na blogi, Instagramy, Fanpage’e czy grupy osób, które dzieląc się swoją historią pomagały mi wyjść na prostą. Gdybym zamknęła się w czterech ścianach, nie robiła nic – podejrzewam, że dochodzenie do zdrowia zajęłoby mi duuuużo więcej czasu i mogłoby nie przynieść aż tak pozytywnych skutków. Gdybym też nie trafiła na osoby, które zainspirowały mnie swoją drogą, polecenia lektur, itp. – dochodzenie do zdrowia również potrwałoby u mnie duuuużo dłużej. W pewien sposób mam nadzieję spłacić dług wobec osób, które mniej lub bardziej świadomie – pomogły mi 🙂 A o których jeszcze pewnie nieraz będę tu wspominać.

Nie obiecuję niczego. Kiedy pojawi się kolejny wpis. I na jaki temat będzie. Na chwilę obecną niczego nie wiem, niczego nie planuję (a przynajmniej nie narzucam sobie terminów). Jakby ktoś rok temu powiedział mi w jakim miejscu życia będę – nie uwierzyłabym 🙂 Ale bardzo podoba mi się to miejsce 😉

Sporo mnie ostatnio na Instagramie – choć głównie w Insta Stories. Dodatkowo będę je puszczać na Fanpage’u Nettelog. Dzielę się tam na bieżąco swoimi przemyśleniami, zmianami, drogą.

Zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie 🙂 Po raz pierwszy wchodzę na “żywo”, bez planu. I dobrze mi z tym 😉

Nie mam oczekiwań, nie mam planów, nie mam celów co do mojej aktywności blogowej. Za to w końcu wróciła pasja 😉 Ale pasja, która buduje bez wypalania mnie od środka.

Mówi się, że człowiek musi dosięgnąć dna by się odbić.

Nie myślałam, że przyjdzie mi testować tą teorię.

Ja swoje dno odnalazłam. Odbiłam się i powoli pnę do góry. Nie jest to łatwa droga, nie jest to łatwa walka – ale warta podjęcia.

I o tej walce będę teraz pisać.