planowanie dziecko

Subiektywna opinia na temat planowania, gdy pojawi się dziecko. Jak zmieniło się moje podejście w tym temacie w przeciągu ostatniego miesiąca? Czy planowanie i małe dziecko idą w parze?

Jak było…

Zawsze byłam mega zorganizowaną osobą. Kiedyś chyba zbyt zorganizowaną. Zdecydowanie za wiele czasu poświęcałam na fazę planowania. Plan bywał idealny – tylko z jego realizacją miałam problem. Najczęściej już na etapie pierwszego kroku.

Wpadałam na pomysł. Rozpisywałam go. Wyszukiwałam trudności jakie mogę napotkać i starałam się od razu skalkulować prawdopodobieństwa oraz wyznaczyć jakieś wyjścia ratunkowe. Przygotowywałam się skrupulatnie do jego realizacji. I często odkładałam start na później i później… czasem nigdy. A winę zwalałam na brak czasu.

Bynajmniej nie oznacza to, że wszystkie moje plany kończyły w ten sposób. Może i lepiej, że tak wiele spaliło na panewce. Zbyt wiele chciałam w zbyt krótkim okresie.

Szkoda mi tylko czasu, który straciłam na etap planowania…

Kilka lat temu udało mi się z tym skończyć. Zapisuje pomysły, a planowanie pozostawiam na później. A pierwszym krokiem planowania nowego projektu jest wyznaczenie daty rozpoczęcia oraz pierwszego kroku. I to w przeciągu maksymalnie najbliższego roku.

Zastanawiałam się jak to będzie po pojawieniu się dziecka. Dużo osób mnie ostrzegało, że moje życie wywróci się do góry nogami i że nie da się niczego zaplanować w tych pierwszych miesiącach.

Przezornie dałam sobie miesiąc na – jak to określiłam – częściowy powrót do siebie i planowania. Wróciłam wcześniej 🙂

Pierwszy miesiąc z dzieckiem a planowanie

Niektórzy twierdzą, że pierwsze dwa tygodnie z dzieckiem są najłatwiejsze. Bo dziecko tylko śpi i je na zmianę. A Ty masz czas na inne zadania.

Problem w tym, że tych innych zadań jest całkiem sporo. Poczynając od formalności po porodzie, wieczne braki w wyprawce (bo krem nie taki, bo inny lepszy, bo dziecku nie pasują Pampersy) oraz wiedzy (którą na szybko uzupełniałam dzwoniąc po znajomych, posiłkując się książkami oraz Internetem), a na chronicznym niewyspaniu kończąc. Mimo, że moja córeczka jest naprawdę małym Aniołkiem (na pograniczu z typem Podręcznikowe Dziecko wg klasyfikacji Tracy Hogg 😉 ) początki były ciężkie… Mimo wsparcia męża, który został ze mną 1,5 tygodnia po porodzie i naprawdę bardzo mnie odciążył.

Nie, moim zdaniem pierwsze dwa tygodnie to był najcięższy okres. Co najbardziej mi się przydało?

Po pierwsze – przygotowanie i odciążenie z zadań

Wiele osób mówi, że kiedy pojawia się dziecko trzeba odpuścić. Zgadzam się z tym w 100%!

Swoimi zadaniami zarządzam z Nozbe. Okres przed porodem wykorzystałam, by pozamykać pewne projekty, a część z nich zawiesić. Na dzień dobry nie zostałam więc zawalona milionem zadań i zaległości. Choć muszę przyznać, że po porodzie kolejne straciły na znaczeniu. Ale cytując David’a Allen’a:

„Zapamiętaj, nie wykonując jakichś rzeczy, możesz się czuć komfortowo tylko wtedy, kiedy nie wykonujesz tego świadomie.”

~ David Allen

W głównej mierze to Nozbe wybawiło mnie od budzenia się w środku nocy i martwienia o to, o czym mogłam zapomnieć. To było duże odciążenie na początek.

Nie mówiąc już o tym, że to Nozbe pamiętało za mnie o wszelkich formalnościach po porodzie. Wysłaniu maila do pracy, przygotowaniu odpowiednich dokumentów. Cieszę się, że przygotowałam to wcześniej i nie musiałam się martwić w tym okresie.

Także Google Calendar był MUST HAVE. Choć początkowo znajdowały się tam głównie terminy wizyt położnej, u lekarzy czy w urzędach. Ale tak naprawdę już 10 dni po porodzie w moim kalendarzu wylądowały pierwsze aktywności nie dotyczące dziecka ani mojej standardowej rutyny.

Znając zadania, które przede mną stoją mogłam zaczynać i skupiać się na tych najważniejszych. W efekcie już po pierwszym tygodniu udało mi się wyspać i rzadko kiedy chodzę zmęczona. Wiem, że to też zasługa mojego dziecka, które na szczęście nie zostawiło sobie rytmu życia płodowego, kiedy to zaczynała gimnastykę o 1 w nocy, a w ciągu dnia odsypiała 😉

Dzięki aplikacji Baby Daybook (monitorowanie aktywności dziecka), którą polecałam w tym wpisie udało mi się wyłapać pewien schemat dnia mojej córki. Co odzwierciedliło się w moim kalendarzu. Z tygodnia na tydzień zaczynało tam przybywać zadań. Początkowo za dużo, ale powoli to koryguje 😉

Nie wiem czy zauważyliście, ale poród ani opieka nad dzieckiem nie spowodowały żadnych luk w publikowaniu wpisów. A większość z nich piszę na bieżąco i nie skorzystałam z żadnego zapasowego tematu 😉 Choć zadaniom blogowym nie jestem póki co w stanie poświęcać więcej niż 4-5h tygodniowo (stąd moja zmniejszona aktywność np. w grupach, do których należę na Facebooku). Tutaj z kolei priorytety ustalam w Todoist, o którym pisałam tydzień temu.

Czy zawsze udaje mi się zrealizować plan? Zdecydowanie nie. Np. we wtorek dopadł nas pierwszy skok rozwojowy Zuzi. Naprawdę ciężka sprawa i nawet napisanie tego wpisu było wyzwaniem. Już nie mówiąc o innych zadaniach. Tak naprawdę zajmuje się tylko nią. Ale jednocześnie codziennie rano wiem, z czego rezygnuję, a czym rzeczywiście muszę się zająć (ew. co muszę oddelegować).

Z drugiej strony poznanie aktywności mojego dziecka pozwalało mi na „realne” planowanie. Wiem, ile godzin mogę wplanować w ciągu dnia, a ile wieczorem (pomijając fakt, że w tej chwili suma jest ~= 1, ale to kwestia jeszcze tylko kilku dni, wcześniej czasami udawało się uzyskać nawet do 5-6 h dziennie!).

Podsumowując, moim zdaniem dziecko i planowanie idą w parze. Jak dla mnie system, który wypracowałam w ciągu ostatnich lat nie zawiódł 🙂 Choć czekają go pewne poprawki. Bez planowania – chyba bym teraz zwariowała. Nie ogarnęłabym tego wszystkiego. No, i tak nie ogarniam 😛 Ale przynajmniej wiem czego.

A jakie są Wasze odczucia na ten temat?