Temat, w którym bardzo często się wypowiadam. A wiadomo – pisanie sto razy tego samego nie jest zbyt produktywne. Postanowiłam więc zebrać wszystkie porady w ramach jednego wpisu. Może choć część z nich przyda się Tobie 😉

Zastanawiałam się, od której strony ugryźć ten temat i w jaki sposób go poruszyć. Zdecydowałam się na formę niejakiego wypunktowania od szczegółu do ogółu. A finalnie popłynęłam 😀

No to zaczynamy!

 

Na każdy dzień mam wybrane TRZY najważniejsze zadania, które chcę zrealizować (MIT’y = Most Imporant Tasks).

Jakie zadanie jest najważniejsze? Takie, które prowadzi mnie do mojego celu. Niekoniecznie musi być PILNE. Ale zdecydowanie musi być WAŻNE.

Spraw PILNYCH zawsze jest za dużo. Gdybyśmy pozwolili przejęłyby kontrolę nad naszym życiem. Staram się codziennie je realizować, ale staram się znaleźć również czas na zadania WAŻNE. Zwłaszcza te TRZY najważniejsze z nich.

Jak je wybieram? To akurat zmieniało się z czasem. Wszystko jednak sprowadza się do tego, że mam pewną wizję życia, do którego dążę. Aby ją osiągnąć muszę zrealizować pewne cele. Wizja może dotyczyć 5, 10, 15 lat. Ale nie muszę wiedzieć jakie zadania się z nią wiążą już teraz. Widzę koniec i widzę najbliższy odcinek czasu (3, 6, 9, 12 miesięcy). To tutaj decyduje co przybliży mnie do mojej wizji, jakie zadania chcę wykonać.

Aktualnie działam z planem 12-tygodniowym. O co w nim chodzi pisałam już na blogu. W skrócie: planuje cele i zadania na 12 tygodni. Planuję co mam do wykonania w konkretnych tygodniach. Co tydzień obserwuje jak mi to idzie – czy przybliżam się do swoich celów?

Także mam cele i zadania na 12 tygodni, a spośród nich wybieram cele na dany tydzień. Z tej listy z kolei wybieram zadania na konkretne dni (MIT).

Mogę zrealizować te trzy zadania i być w pełni szczęśliwa – nawet jeśli nie zrobię nic więcej danego dnia.

A mogę cały dzień latać, realizując zadania, które wpadają „ad hoc” i być po całym dniu totalnie wykończona, ale w ogóle nie usatysfakcjonowana – jeśli nie przybliżyły mnie do mojego celu.

Bo każdy z nas potrafi zająć swój czas (choć słyszałam, że zdarzają się ludzie, którzy się „nudzą” – ja nigdy nie znałam tego stanu), ale chodzi o to, by zajmować się tym co naprawdę WAŻNE.

Mam TRZY najważniejsze zadania na każdy dzień.

Mam cele i zadania do realizacji w danym tygodniu.

Mam plan 12-tygodniowy, który staram się realizować.

Plan 12-tygodniowy przybliża mnie do mojej wizji życia (za 5, 10, 15 lat).

Działam. Wiem, w jakim kierunku działam. I jestem szczęśliwa 🙂

Czasem zmęczona, czasem zła. Ale patrząc wstecz – nie żałuję. Bo sama nadaje kierunek swojemu życiu. Bo to mój WYBÓR.

Prawda, zawsze będą jakieś okoliczności zewnętrzne, które wpłyną na nasze możliwości. Jednak tylko my możemy zablokować się na dobre. To my możemy stwierdzić czy coś jest dla nas realne czy nie. Sami ustanawiamy ten „sufit”.

Ja od lat trzymam się postanowienia:

„Celuj w księżyc. Nawet jeśli nie trafisz będziesz wśród gwiazd”

Cały czas siedzi mi też w głowie:

„Człowiek konsekwentny wierzy w przeznaczenie, człowiek kapryśny w przypadek” ~ Benjamin Disraeli

No, ale zaczęło być filozoficznie zamiast praktycznie 🙂 Wracamy na ziemię.

 

Lista zadań

Mam cele, które przybliżają mnie do pewnej wizji życia. Jednak nasze życie nie składa się tylko z dążenia do celów (byłoby fajnie, co? 😉 ). Codziennie wpada nam kilkanaście jak nie kilkadziesiąt przeróżnych zadań… zrobić pranie, zrobić obiad, posprzątać pokój, zapłacić fakturę, kupić to, tamto, zamówić jeszcze to, zadzwonić tam, itp. itd.

Czasem takie sprawy potrafią przejąć całkowitą kontrolę nad naszym życiem. Budzimy się rano, realizujemy takie zadania, idziemy spać. Nie myślimy o celach, pragnieniach, marzeniach – bo kiedy mamy znaleźć na nie czas?

Moim zdaniem ważne by odseparować właśnie takie zadania od zadań wspierających nasze cele. Pracować nad jednym i drugim, ale nie pozwolić, by jedno przysłaniało drugie.

Owszem, możemy olać nasze cele i cały dzień realizować zadania ad hoc. Niektórym naprawdę sprawia satysfakcje bycie po prostu zajętym. Kiedyś wręcz była moda na takie życie, a ludzie byli podziwiani nie za to, co osiągają, ale za samo bieganie (poważnie…). Dzisiaj, w dobie slow life, jest to raczej krytykowane podejście (choć pewnie też zależy od otoczenia).

Możemy też olać codzienną rutynę, obowiązki. Spędzać czas wyłącznie na dążeniu do celów. No, chyba, że mamy męża, dzieci, rodzinę…

Możemy oddelegować obowiązki. Wynająć pomoc domową, zamawiać posiłki na każdy dzień, skupić się tylko i wyłącznie na własnych celach. W zasadzie tego Wam życzę, ale większość z nas nie może sobie na to pozwolić. Albo może, tyle, że jeśli jednym z celów jest zapewnienie jakiejś przyszłości finansowej rodzinie, inwestycje tego rodzaju mogą być dużym obciążeniem.

Rozwiązań jest wiele. Najważniejsze by zdawać sobie świadomość CO mamy rozwiąząć. Zatrzymać się i zauważyć problem. A może da się to zautomatyzować? Może oddelegować? Zmniejszyć częstotliwość? A może po prostu odpuścić, wykreślić z naszego planu dnia?

 

Dlaczego o tym wszystkim wspominam?

Dużo osób pyta mnie jak ja to wszystko godzę. Praca na pełen etat, roczne dziecko, dwa blogi (w tym jeden ostatnio dostał skrzydeł, co niestety odbija się na Nettelog). Aktualnie już dwie grupy wsparcia. I milon innych zadań, celów, pomysłów.

Ale to nie jest tak, że robię wszystko. Nie robię nawet 10% tego, co chciałabym robić. Staram się za to by to 10%, które udaje mi się realizować było dla mnie ważne, popychało mnie w jakiś sposób do celu.

Bardzo mi w tym pomaga plan 12-tygodniowy. Nie tylko nadaje kierunek mojego rozwoju. Nie tylko dba o równowagę, jeśli chodzi o cele, w różnych obszarach. Pozwala mi nie brać się za wszystko JUŻ, TERAZ, NATYCHMIAST.

Mam plan na najbliższe 12 tygodni. Nowe pomysły trafiają na listę do rozważenia w ramach kolejnej iteracji. Rzadko łamię tą zasadę (choć mi się zdarza).

Planowanie pozwala mi również odpocząć. Bez tych wszystkich myśli w głowie „Czy o czymś nie zapomniałam?”. Nie, nie zapomniałam. Wiem, czego nie robię, bo odpoczywam. I nie myślę o tym. Nic mi nie ucieka. Praca nie zając, nie ucieknie… Niestety.

 

Przyszłość Nettelog

Niedawno rozpoczęłam kolejną, czwartą już iterację planu 12-tygodniowego. Wiem, co będę miała na celowniku do końca października br.

Niestety w planach tych nie znalazło się miejsce na Nettelog…

Nie oznacza to, że przestanę tu pisać. Szczerze? Chyba nie potrafiłabym. Uwielbiam tu pisać. Tylko, że chwilowo pochłania mnie programowanie, które kocham jeszcze bardziej. I które jest głównym tematem najbliższych miesięcy.

Niestety nie jestem w stanie obiecać jakiejkolwiek regularności, jeśli chodzi o nowe wpisy na Nettelog. Nie chcę pisać czegoś tylko dlatego, że dawno nie pisałam, albo że zbliża się kolejny piątek.

Ironią losu jest, że pisanie na NetteCode też chwilami zaczyna mnie męczyć. Aktualnie chciałabym zaszyć się na kilka miesięcy nad projektem jakiejś aplikacji. Komputer, kod, kawa. Tymczasem zaczęłam prowadzić Live’y, grupę wsparcia w zakresie tworzenia aplikacji webowej w oparciu o tutorial, który publikuję regularnie na NetteCode. Dodatkowo chodzi mi po głowie pewna aplikacja… i chyba się nie powstrzymam przed jej realizacją.

Do tego oczywiście grupa wsparcia w nauce programowania, za którą niestety ostatnio przestałam już kompletnie nadążać, a do której należy już prawie 6,5 tys. osób. (właśnie się kapnęłam, że przegapiłam jej pierwsze urodziny, które były 12.08. 😀 Ehh… ).

To wszystko robię po godzinach, kiedy moja córeczka (prawie 15-stomiesięczna) pójdzie już spać. I wbrew pozorom sypiam w nocy 😀 Więc na pracę nie mam tyle czasu.

Szczerze? To nawet wolę, że tak jest. Człowiek nie docenia wagi jednej godziny. A czasem przez godzinę można zrobić więcej niż przez osiem 😉

Wspominałam, że pracuję na pełen etat? Tj. chwilowo różnie bywa z tym pełen, bo mam jeszcze sporo urlopu do wybrania po powrocie z urlopu macierzyńskiego. Także powiedzmy, że wychodzą takie 4/5 etatu.

Przyznam szczerze, że gdyby nie mój cały system (produktywności), tj. wyrzucanie spraw z głowy, Getting Things Done, wszystkie techniki i metody, jakie poznałam przez lata w zakresie zarządzania zadaniami w czasie… zwariowałabym. Przy takiej ilości spraw nie byłoby w tym nic dziwnego.

 

Miało być bardziej praktycznie. Wyszło mocno filozoficznie. Jednak muszę przyznać, że wpis mi się podoba. I mam nadzieję, że spodoba się Wam.

Temat poruszę już wkrótce również od strony praktycznej, tj. konkretne aplikacje, kroki, odesłania do innych artykułów.

Ale chwilowo nie obiecuję KIEDY.